Leśna opowiastka o planowaniu urodzin – opowiadanie konkursowe

Zwykły wpis

Leśna opowiasta o planowaniu urodzin

Ania Szydło

 

Myszek Zbyszek, Szary Jeleń i Pomarańczowy Ren mieli problem. W zasadzie jakby się tak dobrze zastanowić, to głównie problem miał Myszek i Ren, bo wielce tajna rozmowa wymyśleniowa odbywa się w barze Niedźwiedzia Fredzia, czyli ulubionym koktajlbarze Jelenia. Sam zaś Szary siedzi z nimi przy stoliku i ze zdumieniem słucha ich tajnych ustaleń i pomyśleń. Czyli wyszło trochę tak, że były problemy dwa – jak zrobić imprezę i gdzie, a trzeci się pojawił w trakcie – jak wmówić Szaremu, że to, co właśnie usłyszał „to takie zgrywy som”.  Mewka Ewka często ćwierkała przecież po lesie „gdzie jeden problem przyleci, tam eee… zaraz pojawi się trzeci”.

No chyba, że Ren źle zapamiętał, bo akurat pamięć do cytatów to miał strasznie słabowitą. Z wykluczeniem oczywiście opowieści z sag Wikingów, głównie z tomu trzeciego, czyli „Drogi krwawego topora 3: za skrzyżowaniem w lewo”. Tę akurat sagę umiał na pamięć całą, gdyż była drukowana w odcinkach na opakowaniach gum do żucia, które zbierał jako mały Renek jeszcze. Leśna psycholog, Pani Tereska Patyczak-Kreska w raporcie do MEL (Ministerstwo Edukacji Leśnej), po wielu latach dogłębnych badań, opisała ten przypadek tak: „Wyjawia owszem talent do tego, co nieco niepokoi, ale pewnie po prostu gumy były dobre.”

„Anyłej”- jak mawia Sarenka Irenka, Myszek i Ren powiedzieli Jeleniowi, że musi udać się w mistyczną podróż na Drugi Koniec Wąwozu. Tak wywróżyła przedwczoraj Renowi Mądra Mirabelka Izabelka, a dopóki się tam nie uda, to może mieć halucynacje i omamy („sanację u mamy” wg. Myszka, ale pewno źle zapamiętał). Zaś rozmowa, którą właśnie wydawało mu się, że usłyszał – ta o swojej urodzinowej imprezie, jest dowodem na tę sanację, bo przecież żadnej imprezy nie będzie więc i rozmowy nie mogło być. Uff.

Lekko spanikowany Szary poleciał patataj, patataj zbadać swoje przeznaczenie, a Myszek Zbyszek (w skrócie My-Zby, ale nie lubił, jak tak do niego mówiono, bo podobno mu się kojarzyło z czymś nieprzyjemnym, co kiedyś widział na tekturze z tostera) i Pomarańczowy Ren (w skrócie i dla przyjaciół Po-Ren; dla wrogów inaczej, ale nie mogę napisać, bo mi wypika i zamaże i tak) doszli do wniosku, że muszą zrobić coś mega-odlotowego.

Potem doszli do wniosku, że nie wiedzą czemu doszli do wcześniejszego wniosku.  Przecież Sza-Jeń (czyli w skrócie Szary- Jeleń. Kiedyś próbował przekonać wszystkich w Lesie, żeby mówili na niego z zagranicznego „De Kink ow Forezt”, ale po 2 tygodniach wołania na niego „Kinkoforek” przez różnych znajomych, a w jednym przypadku nawet „Kinkusioforestuniu” – ostatecznie zrezygnował) nie jest zbyt bystry to raz, a dwa ucieszy się z byle czego. Przykładem może być sytuacja z jego ostatnich urodzin, kiedy dostał przez przypadek szyszką w łeb i to również uznał za niesamowity prezent

„od kosmosu dostałem, serio, jak bym cyk cyk!”.

www

„Anyłej”, My-Zby i Po-Ren wydumali po kilku godzinach wiele niesamowitych idei, mnóstwo świetnych pomysłów, sporo genialnych konceptów i jedną całkiem niegłupią myśl – pójdą się spytać specjalisty od urodzin, Eryka Żbika.

Jak wymyślili, tak i zrobili. Z napędem na cztery łapki i 4 kopytka poszli szukać Eryka, gubiąc się w lesie przynajmniej trzykrotnie, ale jak to mawia Stonoga Marzena, co przez ilość posiadanych odnóży – wiele już przeszła: „celem, nie jest koniec drogi, tylko posuwanie się naprzód”. Sama ksywa Żbika jest już wystarczającym gwarantem dobrej, dzikiej zabawy, po której wskaźnik populacji w niejednym lesie znacznie się podnosił. Jak sam Ero-Żbik twierdzi: „interes sam się nakręca, bo im lepsza impreza, tym przybywa w lesie źwieza”;).

Po-Ren i My-Zby nie wyglądali na stałych bywalców leśnych imprez, za to na pewno wyglądali na takich, co przynajmniej choć raz chcieliby na takowej się znaleźć.  Obecnie ich doświadczenia, nawet rozpatrywane w kontekście zbiorowym zbliżały się do poziomu mocno zerowego.

No chyba, że  wspomnieniem z imprezy nazwiemy jedzenie szyszek w karmelu i skakanie w takt dobiegających z polany ech piosenek śpiewanych przez zespół Gorące Zające. Jak się okno w stajence Rena otworzyło, to przy pomyślnych wiatrach faktycznie można było coś usłyszeć. Ech, to się wtedy chłopaki bawiły.

Innym wspomnieniem z melanżu było bieganie do strumienia po wodę, bo Miś Zdziś i jego paczka, jakoś… nie miała głowy do tego, żeby o własnych nogach się tam przetransportować. Powiedzmy, że My –Zby szybko doszedł do porozumienia z misiami, chcąc uniknąć przejścia do brutalnych środków wyrazu.

Bo wiecie…Misie to taki wymierający gatunek…Pokojowo nastawiony do świata My-Zby wiedział o tym i postanowił nie przykładać palca do ich zagłady (tym bardziej, że nie chciał, żeby go Misie swym palcem również tykały). Dlatego latał dzień caluśki po tę wodę, skoro takie było pragnienie Misiów.

Była jeszcze jedna sytuacja mocno imprezowa w życiu i Rena i Myszka, ale żaden z nich nie jest w stanie sobie jej przypomnieć. Wiedzą tylko, że była na pewno, bo pamiętają, że najlepsze futerka na siebie przyodziali. Myszek nawet wytarzał się w runie leśnym, co by lepiej pachnieć i roztaczać woń feromonów, a Renek zamontował w tym samym celu gałęzie w porożu. Niestety, po drinku zaserwowanym przez Łasiczkę Moniczkę nic już nie pamiętali. Faktem jest to, że swoje futra znaleźli dopiero po tygodniu, no i było im lekko łyso, jak tak na golasa musieli pląsać po lasku przez ten czas. Dobrze, że to w lecie było.

Biorąc pod uwagę wszystkie powyższe okoliczności i Ren i Myszek stwierdzili, że hej ho trzeba zaszaleć na całego, bo Jelon ma uro tylko raz w roku, a poza tym imprezy dobrze robią na pamięć, bo ją skracają, a Jelon ostatnio to taki pamiętliwy jest, że niech go żołądź świśnie!

– Wszystko wypomina, nawet to, że się w królewny bawiliśmy  i smyraliśmy się noskami pod kasztanem! A lepiej by było żeby akurat o tym zapomniał i nie rozpowiadał, bo jak się mewka Ewka dowie to ten no … LEPIEJ ŻEBY ZAPOMNIAŁ! Panikował Myszek.

ssss

Ero- Żbik wielce się ucieszył z takich klientów, zwłaszcza, że zyskał na tym 4 skrzynki kaczego mydła, odlotową miotłę z brzozowych witek. Co więcej, Po-Ren zobowiązał się również, że w Boże Narodzenie będzie opowiadał bajki w przedszkolu Leśne Warchlaczki o tym, jak był w zaprzęgu Mikusia i wiele razy wysypywał mu prezenty z worków i właśnie z tej przyczyny, małe zwierki nie dostały czasem prezentów. Renek trochę nie wiedział, w co się wkopał, bo nie był świadomy, że Leśne Warchlaczki to leśny sierociniec i , że tamtejsze zwierki nie dostają nigdy prezentów, tych co chcą, tylko te, co im leśniczy da (a zazwyczaj wciska im tam jakieś siańsko).

Ale to dopiero w zimie będzie! A teraz przecie wiosna idzie, choć jej jeszcze nikt nie widział, ale wronka Iwonka mówi, że już jest bliżej niż dalej. To się Jeleń ucieszy. Dostanie taki prezent, że już nigdy nie powie, że go zrobiliśmy na szaro. I tym optymistycznym akcentem kończy się Leśna opowiasta. Renek i Myszek Zbyszek poszli zbierać patyki na ognisko, przy okazji chcieli się pozastanawiać,  po co u licha palą ognisko skoro nie jedzą kiełbasy. Już kilka razy o tym myśleli, ale no nic nie wydumali. Może tym razem będzie jednak inaczej, bo pod wielkim jesionem spotkali Kreta Mieta, a on mimo, że ślepy to swój rozum ma! Ha !

dd

Opowiastów część dalsza już sobie istnieje,

Myszek zakłada biznes, Renek skacze gdzieś w knieje

Więc jeśli ciekawość męczy Cię sroga
stuknij w klawisze i wejdź na ich bloga 🙂

 

 

Reklamy

Regina Spektor – teksty piosenek

Zwykły wpis

Obecnie zasłuchuje się w Reginie Spektor i bardzo spodobało mi się kilka jej piosenek. Teksty są całkiem inne, zarazem poważne, ale z przymrużeniem oka. Ironiczne. Kilka bardzo do mnie trafiło i są to:

  • Chelsea Hotel (Jest to cover Leonarda Cohena, ale bardziej podoba mi się w wykonaniu Reginy)
  • Hero,
  • Hotel room,
  • Laughing With

Pamiętam cię dobrze, W hotelu Chelsea
Mówiłaś tak dzielnie i słodko,
Dając mi swą głowę na niepościelonym łóżku,
Gdy limuzyna czekała na ulicy
To były powody i to był Nowy York
Biegaliśmy za pieniędzmi i blaskiem
I nazywało się to miłością dla pracowników w piosence
Prawdopodobnie ciągle wiele z nich pozostało

Ale odeszłaś, prawda kochanie?
Po prostu odwróciłaś się do tyłu w tłumie
Odeszłaś, a ja nawet raz nie usłyszałem jak mówisz
Potrzebuję cię, nie potrzebuję cię
I całego tego tańczenia Jive’a w kółko

Pamiętam cię dobrze, W hotelu Chelsea
Byłaś sławna, twoje serce było legendą
Powiedziałaś mi znowu, że wolisz przystojnych mężczyzn
Ale dla mnie zrobiłabyś wyjątek
I zaciśniesz pięści raz, jak my
Którzy byli uciśnieni przez piękności
Zmieszałaś się, powiedziałaś, cóż, nie ważne
Jesteśmy brzydcy, ale mamy muzykę

Ale odeszłaś, prawda kochanie?
Po prostu odwróciłaś się do tyłu w tłumie
Odeszłaś, a ja nawet raz nie usłyszałem jak mówisz
Potrzebuję cię, nie potrzebuję cię
I całego tego tańczenia Jive’a w kółko

Nie chcę sugerować, że kochałem cię najbardziej
Nie mogę śledzić każdego spadającego rudzika
Pamiętam cię dobrze, W hotelu Chelsea
Ale to wszystko, nawet nie myślę o tobie tak często

Nikt nie śmieje się z Boga w szpitalu
Nikt nie śmieje się z Boga na wojnie
Nikt nie naśmiewa się z Boga
Kiedy jest głodny, zmarznięty  lub tak bardzo biedny

Nikt nie śmieje się z Boga
Kiedy lekarz dzwoni po rutynowych badaniach
Nikt nie naśmiewa się z Boga
Kiedy robi się naprawdę późno
A jego dziecko nie wróciło jeszcze z imprezy

Nikt nie śmieje się z Boga
Kiedy samolot zaczyna się niekontrolowanie trząść
Nikt nie nabija się z Boga
Kiedy widzi ukochaną osobę, ręka w rękę z kimś innym
I ma nadzieję, że to pomyłka

Nikt nie śmieje się z Boga
Kiedy gliny pukają do drzwi
I mówią „Mamy bardzo złe wieści, proszę pana”
Nikt nie naśmiewa się z Boga
Kiedy jest głód, pożar lub powódź

Ale Bóg potrafi być śmieszny
Na przyjęciu koktajlowym, słuchając dobrych żartów o Nim
Albo kiedy szaleńcy mówią że On nas nienawidzi
I robią się tak czerwoni że myślisz, że zaraz się udławią

Bóg potrafi być zabawny
Kiedy mówią, że da ci pieniądze jeśli pomodlisz się właściwie
I kiedy jest prezentowany jak dżin który czaruje jak Houdini
Lub spełnia życzenia jak Jimmy Cricket lub Święty Mikołaj

Bóg potrafi być taki komiczny
Ha ha.
Ha ha.

Nikt nie śmieje się z Boga w szpitalu
Nikt nie śmieje się z Boga na wojnie
Nikt nie naśmiewa się z Boga
Kiedy stracił wszystko co miał
I nawet nie wie dlaczego

Nikt nie śmieje się w Boga, gdy pewnego dnia zdaje sobie sprawę
Że ostatnim widokiem w jego życiu będzie para nienawidzących oczu
Nikt nie wyśmiewa Boga kiedy czas powiedzieć sobie „Do widzenia”

Ale Bóg potrafi być śmieszny
Na przyjęciu koktajlowym, słuchając dobrych żartów o Nim
Albo kiedy szaleńcy mówią że On nas nienawidzi
I robią się tak czerwoni, że myślisz, że zaraz się udławią

Bóg potrafi być zabawny
Kiedy mówią, że da ci pieniądze jeśli pomodlisz się właściwie
I kiedy jest prezentowany jak dżin który czaruje jak Houdini
Lub spełnia życzenia jak Jimmy Cricket lub Święty Mikołaj

Bóg potrafi być taki komiczny

Nikt nie śmieje się z Boga w szpitalu
Nikt nie śmieje się z Boga na wojnie
Nikt nie śmieje się z Boga w szpitalu
Nikt nie śmieje się z Boga na wojnie
Nikt nie śmieje się z Boga w szpitalu
Nikt nie śmieje się z Boga na wojnie
Nikt nie naśmiewa się z Boga
Kiedy jest głodny, zmarznięty lub tak bardzo biedny

Nikt nie śmieje się z Boga
Nikt nie śmieje się z Boga
Nikt nie śmieje się z Boga
Wszyscy śmiejemy się razem z Nim

Nigdy się tego nie spodziewał.
Nigdy się tego nie spodziewał.
Nigdy się tego nie spodziewał.

W porządku, w porządku, w porządku, w porządku, w porządku, w porządku, w porządku

Hej, otwórz usta szeroko, nadchodzi pierwotny grzech*
Hej, otwórz usta szeroko, nadchodzi pierwotny grzech
Hej, otwórz usta szeroko, nadchodzi pierwotny grzech

W porządku, w porządku, w porządku, w porządku, w porządku, w porządku, w porządku

Nikt nie ma wszystkiego.
Nikt nie ma wszystkiego.
Nikt nie ma wszystkiego.

Władza dla ludzi, nie chcemy jej, chcemy rozkoszy
I telewizja próbuje nas zgwałcić nas i myślę, że im się udaje
I chodzimy na te wszystkie spotkania
Ale to nie są żadne spotkania.
I próbujemy być wierni
Ale zdradzamy, zdradzamy, zdradzamy.

Hej, otwórz usta szeroko, nadchodzi pierwotny grzech
Hej, otwórz usta szeroko, nadchodzi pierwotny grzech
Hej, otwórz usta szeroko, nadchodzi pierwotny grzech

W porządku, w porządku, w porządku, w porządku, w porządku, w porządku, w porządku

Nikt nie ma wszystkiego.
Nikt nie ma wszystkiego.
Nikt nie ma wszystkiego.

Władza dla ludzi, nie chcemy jej, chcemy rozkoszy
I telewizja próbuje nas zgwałcić nas i myślę, że im się udaje
I chodzimy na te wszystkie spotkania
Ale to nie są żadne spotkania.
I próbujemy być wierni
Ale zdradzamy, zdradzamy, zdradzamy.

Jestem bohaterem tej historii, która nie musi być zapisana
Jestem bohaterem tej historii, która nie musi być zapisana
Jestem bohaterem tej historii, która nie musi być zapisana
Jestem bohaterem tej historii, która nie musi być zapisana

W porządku, w porządku, w porządku, w porządku, w porządku, w porządku, w porządku

Nikt nie ma wszystkiego.
Nikt nie ma wszystkiego.
Nikt nie ma wszystkiego.

Charles Bukowski – „SZMIRA”

Zwykły wpis

OSTRZEGAM – WULGARYZMY, CYTATY I KSIĄŻKA DLA DOROSŁYCH CZYTELNIKÓW.


Miałem zły dzień. Tydzień. Miesiąc. Rok. Życie. Cholera jasna.

A ja uwielbiam ryzyko. Sprawia, że uszy mi dzwonią, a zwieracz w tyłku mocniej się ściska. Żyje się raz, no nie? Chyba że jest się Łazarzem. Biedny skurwiel, musiał zdychać 2 razy. Ale ja jestem Nick Belane. Po jednej kolejce zsiadam z karuzeli. Świat należy do odważnych.

Zawsze znajdzie się ktoś, kto zepsuje Ci dzień, a czasem całe życie.

Ale kłopoty i ból są tym, co utrzymuje człowieka przy życiu. A raczej wysiłki, aby ich uniknąć.
Straciłem wątek, zacząłem się gapić na jej nogi. Zawsze najważniejsze są dla mnie nogi. Były pierwszą rzeczą, jaką ujrzałem, kiedy się rodziłem. Wtedy starałem się wydostać. Od tego czasu ciągle pcham się w przeciwnym kierunku, ale wyniki mam raczej mizerne.

Coś mi mówiło, że ktoś może na mnie czekać…. Myliłem się. Nikt nie czekał.

Dopiłem drinka i wyniosłem się stamtąd. Wolałem już być na ulicy. Szedłem przed siebie. Niech szlag trafi wszystkich, byle nie mnie. Zacząłem liczyć durni którzy mnie mijali. W ciągu 2 i pół minuty naliczyłem 50, po czym skręciłem do najbliższego baru.

Czekaliśmy i czekaliśmy. Wszyscy. Czy ten łapiduch nie wie, że od czekania ludziom odbija szajba? Ludzie czekają przez całe życie. Czekają na lepsze czasy, czekają na śmierć. Czekają w kolejce, żeby kupić papier toaletowy. Czekają w kolejce po pieniądze. A jak nie mają szmalu, to czekają w jeszcze dłuższych kolejkach po zasiłek. Człowiek czeka, żeby położyć się spać, i czeka, żeby się obudzić. Czeka, żeby się ożenić, i czeka, żeby się rozwieść. Czeka na deszcz, czeka, aż przestanie padać. Czeka na posiłek, a kiedy go zje, czeka na następny. Czeka w poczekalni u psychiatry razem z bandą pomyleńców i sam nie wie, czy jest jednym z nich.

Wstałem i poszedłem do łazienki. Nie miałem ochoty patrzeć w lustro, ale spojrzałem. Zobaczyłem na swojej twarzy przygnębienie i wyraz rezygnacji. Wielkie ciemne wory pod oczami. Pod małymi, tchórzliwymi oczkami, jak u szczura, kurwa, schwytanego przez kota. Moja skóra wyglądała tak, jakby przestała się starać. Jakby była zdegustowana tym, że należy do mnie. Brwi zwisały mi na oczy, poskręcane, szalone; brwi szaleńca. Straszne. Wyglądałem obrzydliwie.

– Pani Śmierć? Występuje pani w cyrku? W filmach?
– Nie.
– Miejsce urodzenia?
– Nieważne.
– Rok urodzenia?
– To ma być żart?

Byłem kluchowatym zerem.
Skończyłem 55 lat, a nawet nie miałem garnka, żeby podstawić pod cieknący sufit. Mój stary ostrzegał mnie, że skończę trzepiąc konia na cudzym ganku w Arkansas. Mogłem jeszcze to zrobić. Autobus do Arkansas odjeżdżał codziennie. Ale w podróży zawsze miewałem zaparcie, a w dodatku zwykle siadał koło mnie jakiś trep z cuchnącą brodą i chrapał przez całą drogę. 
No dobra, jestem Nick Belane. Ale słuchajcie. Gdyby ktoś wrzasnął: „Hej, Harry! Harry Martel!”, pewnie powiedziałbym: „Tak, o co chodzi?” No bo przecież mógłbym być każdym, nie? Co za różnica, jak się człowiek nazywa?
Życie jest pojebane, no nie?

Byłem utalentowany, jestem utalentowany. Czasem patrzę na swoje dłonie i wiem, że mógłbym być wielkim pianistą albo kimś. A co robiły w życiu moje dłonie? Drapały jaja, wypisywały czeki, wiązały sznurowadła, naciskały spłuczkę kibla itd. Zmarnowałem swoje dłonie.
I swój umysł.

Człowiek rodzi się po to, żeby umrzeć. Co to właściwie oznacza? Zbijanie bąków i czekanie. Czekanie na właściwy pociąg.
Czekanie na parę dużych cycków w sierpniową noc w pokoju hotelowym w Las Vegas. Czekanie, aż mysz zacznie śpiewać. Czekanie, aż wężowi wyrosną skrzydła. Zbijanie bąków.

– To zdumiewające – powiedziałem.
– Co? – spytał.
– Myślałem, że pan nie żyje.
Spojrzał na mnie.
– Też myślałem, że pan nie żyje – rzekł.

Kiedy podszedłem bliżej, zobaczyłem, że to „The New Yorker”. Odłożył je na druciany stojak i
spojrzał na mnie.
– Mają problemy – rzekł.
– Jakie?
– Nie potrafią pisać. Nie umie ani jeden.

Każdy sam stwarza sobie piekło.

Piloci samolotów pasażerskich są szaleni. Nigdy nie patrz na pilota. Właź na pokład i zamawiaj drinki.

Oszalałeś, Belane?
– Kto wie? Szaleństwo to rzecz względna. Kto ustala normę?
– Nie wiem – przyznał McKelvey.

Pizzeria Tony’ego – usłyszałem.
– Tu Powolna Śmierć – podałem swoją ksywę.
– Belane, wisisz mi na 475 dolców – powiedział. – Nie przyjmę żadnego nowego zakładu,
dopóki nie spłacisz długu.
– Chcę postawić 25. Jak wygram, to wygram 5 paczek i będziemy kwita. A jak umoczę,
wszystko ureguluję, przysięgam na honor mojej matki.
– Belane, twoja stara wisi u mnie ma 230 dolców.

Kurwa mać, człowiek musi walczyć o każdy centymetr. Rodzi się, żeby walczyć, rodzi się, żeby umrzeć.

– Hmm, chyba zapomniałem zapalniczki. Chodź tu, dupku, i mi przypal.
– „Dupku”? Rozmawiasz sam ze sobą?

Dobry detektyw zawsze ma pełne ręce roboty. Wiecie o tym z filmów.

– Oblałeś egzamin na prawo jazdy?
– Tak.
– Hej, Bili, ten gość oblał egzamin na prawo jazdy!
– Serio?
– Miałem inne rzeczy na głowie…
– Wygląda na to, że masz tam całkiem pusto! – Louie zaśmiał się.
– Ale jaja! – zawołał Bili.
– Naprawdę jesteś licencjonowanym detektywem? – spytał Louie.
– No.
– Trudno uwierzyć.

– Dziękuję, panie władzo.
– I jedź ostrożnie – poradził Louie.
– Ty też, koleś.
– Co takiego?
– Nic, nic.

– Tak?
– Pan Belane?
– Tak?
– Wygrał pan podróż na Hawaje.
Rozłączyłem się.

Byłem w introspektywnym nastroju.
Postanowiłem nic więcej nie robić tego dnia.
Życie niszczy człowieka, zdziera go jak podeszwę.
Jutro będzie lepszy dzień.

– Zastanowię się. Chcesz kilka grejpfrutów?
– Pozbywasz się grejpfrutów? Przecież nie tuczą.
– Wiem, ale rano stanąłem na jednym i się przewróciłem. Są niebezpieczne.
– Gdzie spałeś, w lodówce?

– Miałem brata – rzekł. – Mieszkał w Glendale. Zabił się.
– Wyglądał jak pan? – zapytałem.
– Aha.
– To nic dziwnego.

Czekając zabiłem 4 muchy. Cholera, śmierć czai się wszędzie. Ludzie, ptaki, zwierzęta, gady, gryzonie, owady, ryby, nikt i nic się jej nie wywinie. Gra jest nieuczciwa od samego początku. Nie wiedziałem, jak temu zaradzić. Wpadłem w przygnębienie. Kiedy widzę w supermarkecie chłopaka, który pakuje mi sprawunki, wyobrażam sobie, jak pakuje sam siebie do grobu razem z tymi rolkami papieru toaletowego, piwem i kurzymi piersiami.

Grovers, wielu najlepszych bokserów przegrywa pierwszą rundę. Potem tak przyłożę tej
kurwie, że wyleci z ringu!
– Ona wcale nie jest kurwą, panie Belane.
– Tak tylko powiedziałem. Nie miałem zamiaru obrazić tej zdziry.

Ile człowiekowi potrzeba? I o co właściwie chodzi? Wszyscy umieramy bez grosza przy duszy, a większość również żyje w ten sposób. Ogłupiająca gra. Samo włożenie butów rano to już jakieś zwycięstwo.

Zęby. Co to za paskudne ustrojstwa. Ale jakoś musimy jeść. Jemy i jemy. Jesteśmy obrzydliwi, skazani na swoją nędzną egzystencję. Jemy, pierdzimy, drapiemy się, uśmiechamy i obchodzimy święta.

Postanowiłem zostać w łóżku do południa. Może do tego czasu szlag trafi połowę świata i życie będzie o połowę lżejsze. Może jak wstanę w południe, będę lepiej wyglądał i lepiej się czuł.

Kiedy człowiek budzi się rano, natychmiast staje naprzeciwko nieprzeniknionego muru Wszechświata.

Niektóre rzeczy są dokładnie tym, czym są, i niczym innym. Najmądrzej jest samemu interpretować własne sny. Oszczędza się wtedy kupę forsy.

– Słaby z ciebie filozof – stwierdziła Pani Śmierć.
– Osobiście uważam, że niezły.
– Ludzie żyją złudzeniami.
– Czy to źle? Czy jest coś oprócz złudzeń?
– Koniec – odparła.

– Wygrał pan kilogramową bombonierkę wiśni w czekoladzie i wycieczkę do Rzymu.
– Odpierdol się, palancie.

Nikt już nie mówił do widzenia. Przynajmniej na tym świecie.

– Napij się jeszcze z nami – powiedziała Pani Śmierć. – Życie jest krótkie.

– Tylko żartowałem, proszę pana. Nie zna się pan na żartach?
– Zależy, czy są zabawne.

– Jakście tu przylecieli?
– Rurą kosmiczną.

Nagle poczułem, że wpadam w depresję.
Nie, Belane, daj spokój, powiedziałem sam do siebie.
Nic to nie dało.
Wszyscy są popieprzeni. Nie ma zwycięzców. Jeśli nawet ktoś wygląda na zwycięzcę, to tylko złudzenie. Wszyscy uganiamy się za czymś, a tymczasem nie ma nic. I tak dzień w dzień.
Ciągła walka o przetrwanie.

– Handlarz narkotyków?
– Nie, nie.
– Szkoda. Potrzebuję kokainy.
– Sprzedaję Biblie, proszę pana.
– To obrzydliwe!
– Próbuję szerzyć Słowo Boże.

Co za bezsens. Powinienem był zostać wielkim filozofem, powiedziałbym wszystkim, jacy z nas durnie, tylko wciągamy i wypuszczamy powietrze.
– Co jest okropne, Jeannie?
– Ziemia. Smog, morderstwa, zatrute powietrze, zatruta woda, zatruta żywność, nienawiść, beznadziejność, wszystko razem. Jedyne, co tu jest piękne, to zwierzęta, ale je zabijacie, niedługo zostaną tylko oswojone szczury i konie wyścigowe. To takie smutne, nic dziwnego, że tyle pijesz.
– Masz rację, Jeannie. No i nie zapominaj o arsenałach broni jądrowej.
– Tak, wygląda na to, że się z tego nie wykaraskacie.

Często najlepsze chwile w życiu to te, kiedy nic nie robisz, tylko zastanawiasz się nad swoim istnieniem, kontemplujesz różne sprawy. I tak kiedy na przykład mówisz, że wszystko nie ma sensu, to nie może do końca nie mieć sensu, bo przecież jesteś świadom, że nie ma sensu, a twoja  świadomość braku sensu nadaje temu jakiś sens. Rozumiecie, o co mi chodzi?
Optymistyczny pesymizm.

– Jak możecie być tacy bezduszni? – zapytałem.
– To proste – oświadczył Johnny. – Tacy się rodzimy.

(Przepraszam za tak długą nieobecność na blogu. Przez ten czas przeczytałam jednak kilka fajnych książek, więc mam materiał na następne wpisy. Powiem szczerze, że trochę zwątpiłam czy ktoś tu zagląda i przez dłuższy czas sama nie wchodziłam na bloga. Dziś zmotywowała mnie ładna frekwencja 🙂 Dziękuję, ale też zapraszam do zostawiania jakiś drobnych komentarzy. Czy się podoba? Czy może coś mi polecacie?) 

Jeszcze trochę o „Szmirze” (którą nie jest). To jedna wielka abstrakcja, szyderstwo z schematów, ale jednocześnie jest w niej wiele brutalnej prawdy. Polecam.