Charles Bukowski – „SZMIRA”

Zwykły wpis

OSTRZEGAM – WULGARYZMY, CYTATY I KSIĄŻKA DLA DOROSŁYCH CZYTELNIKÓW.


Miałem zły dzień. Tydzień. Miesiąc. Rok. Życie. Cholera jasna.

A ja uwielbiam ryzyko. Sprawia, że uszy mi dzwonią, a zwieracz w tyłku mocniej się ściska. Żyje się raz, no nie? Chyba że jest się Łazarzem. Biedny skurwiel, musiał zdychać 2 razy. Ale ja jestem Nick Belane. Po jednej kolejce zsiadam z karuzeli. Świat należy do odważnych.

Zawsze znajdzie się ktoś, kto zepsuje Ci dzień, a czasem całe życie.

Ale kłopoty i ból są tym, co utrzymuje człowieka przy życiu. A raczej wysiłki, aby ich uniknąć.
Straciłem wątek, zacząłem się gapić na jej nogi. Zawsze najważniejsze są dla mnie nogi. Były pierwszą rzeczą, jaką ujrzałem, kiedy się rodziłem. Wtedy starałem się wydostać. Od tego czasu ciągle pcham się w przeciwnym kierunku, ale wyniki mam raczej mizerne.

Coś mi mówiło, że ktoś może na mnie czekać…. Myliłem się. Nikt nie czekał.

Dopiłem drinka i wyniosłem się stamtąd. Wolałem już być na ulicy. Szedłem przed siebie. Niech szlag trafi wszystkich, byle nie mnie. Zacząłem liczyć durni którzy mnie mijali. W ciągu 2 i pół minuty naliczyłem 50, po czym skręciłem do najbliższego baru.

Czekaliśmy i czekaliśmy. Wszyscy. Czy ten łapiduch nie wie, że od czekania ludziom odbija szajba? Ludzie czekają przez całe życie. Czekają na lepsze czasy, czekają na śmierć. Czekają w kolejce, żeby kupić papier toaletowy. Czekają w kolejce po pieniądze. A jak nie mają szmalu, to czekają w jeszcze dłuższych kolejkach po zasiłek. Człowiek czeka, żeby położyć się spać, i czeka, żeby się obudzić. Czeka, żeby się ożenić, i czeka, żeby się rozwieść. Czeka na deszcz, czeka, aż przestanie padać. Czeka na posiłek, a kiedy go zje, czeka na następny. Czeka w poczekalni u psychiatry razem z bandą pomyleńców i sam nie wie, czy jest jednym z nich.

Wstałem i poszedłem do łazienki. Nie miałem ochoty patrzeć w lustro, ale spojrzałem. Zobaczyłem na swojej twarzy przygnębienie i wyraz rezygnacji. Wielkie ciemne wory pod oczami. Pod małymi, tchórzliwymi oczkami, jak u szczura, kurwa, schwytanego przez kota. Moja skóra wyglądała tak, jakby przestała się starać. Jakby była zdegustowana tym, że należy do mnie. Brwi zwisały mi na oczy, poskręcane, szalone; brwi szaleńca. Straszne. Wyglądałem obrzydliwie.

– Pani Śmierć? Występuje pani w cyrku? W filmach?
– Nie.
– Miejsce urodzenia?
– Nieważne.
– Rok urodzenia?
– To ma być żart?

Byłem kluchowatym zerem.
Skończyłem 55 lat, a nawet nie miałem garnka, żeby podstawić pod cieknący sufit. Mój stary ostrzegał mnie, że skończę trzepiąc konia na cudzym ganku w Arkansas. Mogłem jeszcze to zrobić. Autobus do Arkansas odjeżdżał codziennie. Ale w podróży zawsze miewałem zaparcie, a w dodatku zwykle siadał koło mnie jakiś trep z cuchnącą brodą i chrapał przez całą drogę. 
No dobra, jestem Nick Belane. Ale słuchajcie. Gdyby ktoś wrzasnął: „Hej, Harry! Harry Martel!”, pewnie powiedziałbym: „Tak, o co chodzi?” No bo przecież mógłbym być każdym, nie? Co za różnica, jak się człowiek nazywa?
Życie jest pojebane, no nie?

Byłem utalentowany, jestem utalentowany. Czasem patrzę na swoje dłonie i wiem, że mógłbym być wielkim pianistą albo kimś. A co robiły w życiu moje dłonie? Drapały jaja, wypisywały czeki, wiązały sznurowadła, naciskały spłuczkę kibla itd. Zmarnowałem swoje dłonie.
I swój umysł.

Człowiek rodzi się po to, żeby umrzeć. Co to właściwie oznacza? Zbijanie bąków i czekanie. Czekanie na właściwy pociąg.
Czekanie na parę dużych cycków w sierpniową noc w pokoju hotelowym w Las Vegas. Czekanie, aż mysz zacznie śpiewać. Czekanie, aż wężowi wyrosną skrzydła. Zbijanie bąków.

– To zdumiewające – powiedziałem.
– Co? – spytał.
– Myślałem, że pan nie żyje.
Spojrzał na mnie.
– Też myślałem, że pan nie żyje – rzekł.

Kiedy podszedłem bliżej, zobaczyłem, że to „The New Yorker”. Odłożył je na druciany stojak i
spojrzał na mnie.
– Mają problemy – rzekł.
– Jakie?
– Nie potrafią pisać. Nie umie ani jeden.

Każdy sam stwarza sobie piekło.

Piloci samolotów pasażerskich są szaleni. Nigdy nie patrz na pilota. Właź na pokład i zamawiaj drinki.

Oszalałeś, Belane?
– Kto wie? Szaleństwo to rzecz względna. Kto ustala normę?
– Nie wiem – przyznał McKelvey.

Pizzeria Tony’ego – usłyszałem.
– Tu Powolna Śmierć – podałem swoją ksywę.
– Belane, wisisz mi na 475 dolców – powiedział. – Nie przyjmę żadnego nowego zakładu,
dopóki nie spłacisz długu.
– Chcę postawić 25. Jak wygram, to wygram 5 paczek i będziemy kwita. A jak umoczę,
wszystko ureguluję, przysięgam na honor mojej matki.
– Belane, twoja stara wisi u mnie ma 230 dolców.

Kurwa mać, człowiek musi walczyć o każdy centymetr. Rodzi się, żeby walczyć, rodzi się, żeby umrzeć.

– Hmm, chyba zapomniałem zapalniczki. Chodź tu, dupku, i mi przypal.
– „Dupku”? Rozmawiasz sam ze sobą?

Dobry detektyw zawsze ma pełne ręce roboty. Wiecie o tym z filmów.

– Oblałeś egzamin na prawo jazdy?
– Tak.
– Hej, Bili, ten gość oblał egzamin na prawo jazdy!
– Serio?
– Miałem inne rzeczy na głowie…
– Wygląda na to, że masz tam całkiem pusto! – Louie zaśmiał się.
– Ale jaja! – zawołał Bili.
– Naprawdę jesteś licencjonowanym detektywem? – spytał Louie.
– No.
– Trudno uwierzyć.

– Dziękuję, panie władzo.
– I jedź ostrożnie – poradził Louie.
– Ty też, koleś.
– Co takiego?
– Nic, nic.

– Tak?
– Pan Belane?
– Tak?
– Wygrał pan podróż na Hawaje.
Rozłączyłem się.

Byłem w introspektywnym nastroju.
Postanowiłem nic więcej nie robić tego dnia.
Życie niszczy człowieka, zdziera go jak podeszwę.
Jutro będzie lepszy dzień.

– Zastanowię się. Chcesz kilka grejpfrutów?
– Pozbywasz się grejpfrutów? Przecież nie tuczą.
– Wiem, ale rano stanąłem na jednym i się przewróciłem. Są niebezpieczne.
– Gdzie spałeś, w lodówce?

– Miałem brata – rzekł. – Mieszkał w Glendale. Zabił się.
– Wyglądał jak pan? – zapytałem.
– Aha.
– To nic dziwnego.

Czekając zabiłem 4 muchy. Cholera, śmierć czai się wszędzie. Ludzie, ptaki, zwierzęta, gady, gryzonie, owady, ryby, nikt i nic się jej nie wywinie. Gra jest nieuczciwa od samego początku. Nie wiedziałem, jak temu zaradzić. Wpadłem w przygnębienie. Kiedy widzę w supermarkecie chłopaka, który pakuje mi sprawunki, wyobrażam sobie, jak pakuje sam siebie do grobu razem z tymi rolkami papieru toaletowego, piwem i kurzymi piersiami.

Grovers, wielu najlepszych bokserów przegrywa pierwszą rundę. Potem tak przyłożę tej
kurwie, że wyleci z ringu!
– Ona wcale nie jest kurwą, panie Belane.
– Tak tylko powiedziałem. Nie miałem zamiaru obrazić tej zdziry.

Ile człowiekowi potrzeba? I o co właściwie chodzi? Wszyscy umieramy bez grosza przy duszy, a większość również żyje w ten sposób. Ogłupiająca gra. Samo włożenie butów rano to już jakieś zwycięstwo.

Zęby. Co to za paskudne ustrojstwa. Ale jakoś musimy jeść. Jemy i jemy. Jesteśmy obrzydliwi, skazani na swoją nędzną egzystencję. Jemy, pierdzimy, drapiemy się, uśmiechamy i obchodzimy święta.

Postanowiłem zostać w łóżku do południa. Może do tego czasu szlag trafi połowę świata i życie będzie o połowę lżejsze. Może jak wstanę w południe, będę lepiej wyglądał i lepiej się czuł.

Kiedy człowiek budzi się rano, natychmiast staje naprzeciwko nieprzeniknionego muru Wszechświata.

Niektóre rzeczy są dokładnie tym, czym są, i niczym innym. Najmądrzej jest samemu interpretować własne sny. Oszczędza się wtedy kupę forsy.

– Słaby z ciebie filozof – stwierdziła Pani Śmierć.
– Osobiście uważam, że niezły.
– Ludzie żyją złudzeniami.
– Czy to źle? Czy jest coś oprócz złudzeń?
– Koniec – odparła.

– Wygrał pan kilogramową bombonierkę wiśni w czekoladzie i wycieczkę do Rzymu.
– Odpierdol się, palancie.

Nikt już nie mówił do widzenia. Przynajmniej na tym świecie.

– Napij się jeszcze z nami – powiedziała Pani Śmierć. – Życie jest krótkie.

– Tylko żartowałem, proszę pana. Nie zna się pan na żartach?
– Zależy, czy są zabawne.

– Jakście tu przylecieli?
– Rurą kosmiczną.

Nagle poczułem, że wpadam w depresję.
Nie, Belane, daj spokój, powiedziałem sam do siebie.
Nic to nie dało.
Wszyscy są popieprzeni. Nie ma zwycięzców. Jeśli nawet ktoś wygląda na zwycięzcę, to tylko złudzenie. Wszyscy uganiamy się za czymś, a tymczasem nie ma nic. I tak dzień w dzień.
Ciągła walka o przetrwanie.

– Handlarz narkotyków?
– Nie, nie.
– Szkoda. Potrzebuję kokainy.
– Sprzedaję Biblie, proszę pana.
– To obrzydliwe!
– Próbuję szerzyć Słowo Boże.

Co za bezsens. Powinienem był zostać wielkim filozofem, powiedziałbym wszystkim, jacy z nas durnie, tylko wciągamy i wypuszczamy powietrze.
– Co jest okropne, Jeannie?
– Ziemia. Smog, morderstwa, zatrute powietrze, zatruta woda, zatruta żywność, nienawiść, beznadziejność, wszystko razem. Jedyne, co tu jest piękne, to zwierzęta, ale je zabijacie, niedługo zostaną tylko oswojone szczury i konie wyścigowe. To takie smutne, nic dziwnego, że tyle pijesz.
– Masz rację, Jeannie. No i nie zapominaj o arsenałach broni jądrowej.
– Tak, wygląda na to, że się z tego nie wykaraskacie.

Często najlepsze chwile w życiu to te, kiedy nic nie robisz, tylko zastanawiasz się nad swoim istnieniem, kontemplujesz różne sprawy. I tak kiedy na przykład mówisz, że wszystko nie ma sensu, to nie może do końca nie mieć sensu, bo przecież jesteś świadom, że nie ma sensu, a twoja  świadomość braku sensu nadaje temu jakiś sens. Rozumiecie, o co mi chodzi?
Optymistyczny pesymizm.

– Jak możecie być tacy bezduszni? – zapytałem.
– To proste – oświadczył Johnny. – Tacy się rodzimy.

(Przepraszam za tak długą nieobecność na blogu. Przez ten czas przeczytałam jednak kilka fajnych książek, więc mam materiał na następne wpisy. Powiem szczerze, że trochę zwątpiłam czy ktoś tu zagląda i przez dłuższy czas sama nie wchodziłam na bloga. Dziś zmotywowała mnie ładna frekwencja 🙂 Dziękuję, ale też zapraszam do zostawiania jakiś drobnych komentarzy. Czy się podoba? Czy może coś mi polecacie?) 

Jeszcze trochę o „Szmirze” (którą nie jest). To jedna wielka abstrakcja, szyderstwo z schematów, ale jednocześnie jest w niej wiele brutalnej prawdy. Polecam.  

Reklamy

Terry Pratchett „Nacja”

Zwykły wpis

Zgodnie z ankietą postanowiłam dodać cytaty z Pratchetta i jednej z moich ulubionych książek „Nacja”. Daje dużo do myślenia, może nie jest tak przepełniona humorem, jak reszta książek tego Pana, ale i tak… najmocniej do mnie trafia. Zapraszam! 

 

nacja

 

 

Czuł w sobie pustkę, ciemniejszą i głębszą niż mroczna toń. Wszystko przepadło. Nic nie było tam, gdzie być powinno. Tkwił na tym odludnym brzegu i do głowy przychodziły mu niemądre pytania, jakie zadają dzieci… Dlaczego wszystko się kończy? Jak się wszystko zaczyna? Dlaczego dobrzy ludzie umierają? Czym zajmują się bogowie?

 

I było mu ciężko, bo jedną z rzeczy, których nie wolno mężczyźnie, jest zadawanie niemądrych pytań.

 

I wtedy mały niebieski krab pustelnik opuścił swoją skorupę i pomknął po piasku, szukając nowej, ale nigdzie jej nie było. Ze wszystkich stron ciągnął się jałowy piasek, krab mógł więc tylko biec…

 

Mężczyźni czasem spoglądają na wroga, owszem, ale czasem się odwracają i wiosłują jak szaleni.

 

Nie wiele osób myśli, tak n a p r a w d ę. Tylko im się wydaje, że myślą.

 

Nie teraz. Nikt żywy nie odchodzi w mrok. Służyłem ci, Locaho. Kroczyłem twoimi śladami. Powinieneś mi ją oddać, jesteś mi to winien. Jedno życie odzyskane z ciemności!

 

Jest tylko to, co się dzieje, i to, co się nie dzieje. Nie ma żadnego „powinieneś”.

 

Gdzieś tam z krańca świata nadlatywało ku niemu jutro. Nie miał pojęcia, jaki przybierze kształt, obawiał się go jednak.

 

Czasem się śmiejemy, bo nie mamy już siły na płacz. Czasem się śmiejemy, bo zasady poprawnego zachowania przy stole na plaży wydają się zabawne. A czasem się śmiejemy, bo żyjemy, chociaż nie powinniśmy.

 

– To dziewczyna spodniowców!

– Tak, sprowadziła ją do nas wielka fala – wyjaśnił Mau.

I wtedy młodszy brat powiedział coś, co zabrzmiało jak język spodniowców, i Daphne o mało nie upuściła pudełka, które trzymała, i odpowiedziała szybko w tym samym języku.

– Co jej powiedziałeś? – zapytał natychmiast Mau. – Co ona powiedziała?

– Powiedziałem: „Witaj śliczna panienko”…

 

Ludzie potrzebują czasu, żeby zająć się „teraz”, nim ucieknie i zamieni się we „wtedy”. A najbardziej ze wszystkiego potrzebują tego, żeby nie działo się zbyt wiele.

 

Zabawne powiedzenie: „poszerzać horyzonty”. Bo przecież jest tyko jeden horyzont, który się oddala i nigdy nie można go dogonić. Można tylko dotrzeć tam, gdzie był wcześniej.

 

– Sam na sam, hę, tylko ty i ona?

– C o?

– No, jest dziewczyną, a ty…

– Słuchaj no, nie jestem zainteresowany dziewczyną-duchem! To znaczy…

– Zostaw to mnie, dobrze wiem, czego ci trzeba.

Pilu zaczął grzebać w stercie przedmiotów, które przenieśli z wraku, i podniósł coś, co wyglądało jak jeszcze jedna deska, ale kiedy Pilu trochę to wytrzepał , okazało się, że to…

– Spodnie (…)

– I co z tego – zapytał Mau.

– Kobiety spodniowców lubią oglądać panów w spodniach.

 

– To jest stół – rzekł Pilu, wskazując na drugi koniec obszernej kabiny. – Służy temu, żeby podwyższać ziemię. (…)

Mau zabębnił palcami po blacie.

– Ten stół nie nosi spodni.

 

– Czujesz coś? – zapytał Pilu.

– Tak, strasznie mnie obcierają!

– Ach, to dlatego, że nie nosisz kalesonów – zauważył Pilu.

– Co to takiego?

– Nazywają je galotami i nosi się je pod zewnętrznymi spodniami. Zdaje się, że ich nazwa pochodzi od nazwiska jakiegoś pirata.

– A więc nawet s p o d n i e noszą spodnie?

– Zgadza się. Twierdzą, że spodni nigdy dosyć.

 

– Jestem małym niebieskim krabem pustelnikiem – mruknął Mau pod nosem. – I biegnę. Nie dam się znowu zamknąć w skorupie… tak, musi istnieć jakieś „dlaczego”… dlatego, że każda skorupa będzie za mała. Chcę wiedzieć dlaczego. Dlaczego t o w s z y s t k o. Nie znam odpowiedzi, ale kilka dni temu nie wiedziałem, że są pytania.

 

I Locaha odpowiedział: Jestem cząstką ciebie, tak jak wszystko inne. Proponuje ci więc: Oddaj mi świat śmiertelny, a potem pójdź i stwórz drugi, lepszy. Będę tu rządzić sprawiedliwie. Kiedy człowiek umrze, zamienię go w delfina i pozostanie nim do czasu, aż znowu się narodzi. A kiedy znajdę istotę, która się starała, żeby być czymś więcej niż tylko gliną, z jakiej została ulepiona, i która dodała chwały temu nędznemu światu, będąc jego częścią, wówczas otworzę jej drzwi do twojego idealnego świata i nie będzie już istota związaną okowami czasu, nosić bowiem będzie na sobie gwiazdy(…) I dlatego rodzimy się w wodzie, nie zabijamy delfinów i spoglądamy w stronę gwiazd.

 

Jeden człowiek jest nikim, dwoje ludzi to już nacja.

 

Niektórzy ludzie mają tylko jedną właściwą chwilę na właściwe słowo. To smutne, ale najwyraźniej nic na to nie można poradzić.

 

Świat jest kulą: im dalej płyniecie, tym bliżej jesteście domu.

 

Tym są bogowie! Odpowiedzią, która musi wystarczyć! Bo jest jedzenie, które trzeba schwytać, dzieci, które trzeba urodzić, życie, które trzeba przeżyć, nie ma więc czasu na wielkie, skomplikowane, niepokojące odpowiedzi! Prosimy o proste odpowiedzi, byśmy nie musieli myśleć, bo jeśli zaczniemy myśleć, możemy znaleźć odpowiedzi, które nie pasują do takiego świata, jakim chcielibyśmy, żeby był.

 

– Ani słowa więcej. Znamy je wszystkie, wszystkie słowa, które nie powinny zostać wypowiedziane. Ale dzięki tobie mój świat stał się doskonalszy.

 

Trudno się rozmawia z kimś, kto wszystko rozumie (…).

 

Wiara to coś, w co trudno uwierzyć.

 

Zrozumieli, że idealny świat jest podróżą, nie miejscem.